piątek, 10 listopada 2017

Rozdział 8.

No dobra, już nic nie obiecuję... Miałam pisać regularnie, a wychodzi, tak jak wychodzi... 
W każdym razie dzisiaj mała podróż w czasie się szykuje... Może się wydawać, że ten przeskok do niczego nie pasuje, ale zobaczycie, że w tym szaleństwie jest metoda. ;)


 Rozdział 8. - Wszystko przepadło?


*  Piętnaście lat wcześniej *

Lotnisko Narita tętniło życiem, szumiało jak morze podczas sztormu tysiącem ludzkich głosów, kroków, terkotu kół walizek i naprawdę trudno było przekrzyczeć ten rumor, by wypowiedzieć choćby te kilka słów nietypowego powitania:
Aoi-nee! Jak się cieszę, że po mnie przyjechałaś! Przedstawiam ci mojego męża, Erica.
Eric-kun, miło mi cię poznać. Soraya tyle mi o tobie opowiadała! Cieszę się i gratuluję wam. Kto by pomyślał, ze So-chan wyjdzie za mąż przed trzydziestką!
Taak, nie było łatwo ją przekonać, ale no cóż, kto jak nie ja?! – zapytał z pewnością siebie, patrząc z szelmowskim uśmiechem na swoją druga połówkę i obejmując żonę w talii.
Co do tego, Aoi-nee, sorka, że dowiedziałaś się o tym po fakcie. Głupio wyszło...
Głupio. Na początku byłam na ciebie trochę zła, Soraya, ale już mi przeszło. A ty pamiętasz Takeru i Yukinę? – Aoi przedstawiła swojego męża, który prowadził za rączkę trzyletnią dziewczynkę w czerwonej sukience w białe kropki, a'la myszka Mini.
O rety... To ona już taka duża? Była jeszcze w drodze na ten świat, kiedy wyjeżdżałam.
No, nie tylko mnie sporo rzeczy ominęło, So-chan. Może omówimy to w jakimś przyjemniejszym miejscu? Nie wiem jak tobie, ale środek hali na lotnisku nie wydaje mi się właściwy w tym celu...
Tak, masz rację. Pamiętasz tę plażę, gdzie przychodziłyśmy po szkole popływać? Może tam? Zrobiłybyśmy sobie piknik, Yu-cchi miałaby gdzie pobiegać... Co ty na to? Tylko zawieziemy toboły do hotelu i...
O czym ty opowiadasz? Zamieszkacie u nas – przerwała jej starsza z rodzeństwa
Sorry, Aoi-nee, ale... to byłoby dla nas trochę niezręczne. Zresztą mamy już zarezerwowany pokój, więc... może następnym razem, okay? Albo kiedy wy przylecicie do nas.
Przez moment się ze sobą sprzeczały, ale ostatecznie to młodsza postawiła na swoim. Ona i Eric podjechali taksówką do hotelu, wyładowali swoje rzeczy w pokoju i wyszli na miasto, by zrobić zakupy w pobliskim markecie.

* * *
Jasnowłosy, niebieskooki mężczyzna rozglądał się z zaciekawieniem sześcioletniego chłopca, przyglądając się nieznanym sobie widokom: dzieciakom poprzebieranym za postacie z kreskówek, sklepom z kimonami, albo barami z sushi, stojącymi w małych budkach pomiędzy nowoczesnymi drapaczami chmur, obwieszonymi telebimami i neonami.
Ulicą właśnie przeszedł kolorowy, hałaśliwy pochód, obnoszący dumnie wielkie, drewniane, udekorowane jakimiś girlandami rzeźby przedstawiające intymne narządy. Cóż, co kraj, to obyczaj – pomyślał ni to trochę zaskoczony, ni to rozbawiony tym groteskowym przedstawieniem, ni to zniesmaczony Eric.
Po kilkunastu minutach para doszła do wielobranżowego sklepu, w którym kupili co tylko im się wydawało potrzebne na pikniku i poszli na stację metra, by pojechać nad zatokę, na plażę, o której wspominała So w rozmowie z siostrą.
Dojechali na miejsce przed rodziną Aoi i zaczęli rozpakowywać swój majątek, przygotowując ile się da. Później pobiegli, trzymając się za ręce przywitać się z morzem. Wpadli do wody i uciekli przed nadchodzącą falą i po chwili znowu. Eric wziął So na ręce i zakręcił z nią szalonego młynka, po którym oboje stracili równowagę i wpadli do ciepłej, pachnącej świeżością i latem wody.
Wynurzyli się, śmiejąc się jak dwoje beztroskich dzieciaków, a Eric pomógł wstać Sorayi i odezwał się do niej już nieco poważniej:
So, kwiatku, coś ci się wplątało we włosy... – Nie wiadomo, czy nie był to tylko pretekst, by mógł zanurzyć dłoń w jej gęste, czarne pukle i przytulić ją mocno do siebie, całując namiętnie, jakby tym jednym prostym gestem chciał wyrazić całe swoje uczucie. Soraya czuła się tak, jakby mogła dolecieć aż do gwiazd, jakby świat nagle stanął w miejscu, przeżywając razem z nią ten najcudowniejszy moment...
Soraya-ba-tan! Eric-ji-tan! – zasepleniła w tym momencie mała Yukina, podbiegając, tuląc się do cioci i psując wzruszającą chwilkę dwójki zakochanych. – Co robicie?
Nic. Yu-cchi, idź poszukać ładnych muszelek dla mnie, okay? – zaproponowała So, nieco zmieszana. – Bo co niby mam powiedzieć trzylatce?! – pomyślała.
Okay! Zobaczysz, przyniosę ci najładniejsze na świecie!
Eric tymczasem przyglądał się swojej żonie z łagodnym uśmiechem.
No co?
Nic, po prostu nieźle sobie radzisz z dzieciakami. Nie sądzisz, że powinniśmy postarać się o własne?
Zanim zdążyłaby zdecydować, czy chce odpowiedzieć: „Jasne, kochanie, choćby zaraz!”, czy „Może jednak nie...”, to Aoi i Takeru ich zawołali, by im pomogli z przygotowaniem ogniska.
Usiedli po chwili w kółku, grzejąc się w cieple płomieni i omawiając ostatnie trzy lata, które obie siostry chciały nadgonić. Mała Yu-cchi biegała po plaży, budując kopce z piasku, znosząc kolorowe muszelki cioci So i podjadając pieczone jabłka, a dorośli gadali, gadali, przepijając do siebie piwkiem z puszek i śmiejąc się z sobie znanych dowcipów.
Gdy zrobiło się późno, zasypali ognisko,pozbierali śmieci do worka i zaczęli się rozjeżdżać do domów. Niestety, Aoi i jej rodzina nigdy tam nie dotarli...

* Obecnie *

Lily i Sky siedziały przy stoliku w kafejce nad wodami Zatoki i popijały kolorowe smoothie. Na blacie obok owocowych napojów leżały sterty dokumentów, nad którymi przyjaciółki się właśnie biedziły, próbując zaradzić kryzysowi w fundacji. Starsza z kobiet zapatrzyła się na bujającą się na fali mewę, myśląc z lekkim zaskoczeniem, że zazdrości temu ptaszysku. Ono tylko lata, skrzeczy, żre ryby, śpi – i tak w kółko. Niczym nie musi się przejmować. Jest absolutnie wolne, ponad wszelkie granice rozsądku...
–Sky?
–Przepraszam, zagapiłam się. Lils, poważnie, mogę spróbować posprzedawać kilka książek, możemy zagrać kilka koncertów, sprzedamy płyty... Nie mam pojęcia co jeszcze.
–Może... gdybym wzięła tę pracę? No wiesz, w tej szkole artystycznej? Ty, Brice i Holly ogarniacie papierologię w Fundacji, ja bym miała swoją własną kasę, z której część też mogłabym wam dokładać...
–Jakoś nie widzę cię w roli poważnej pani profesor, ale to ty musisz wiedzieć. Jeśli wydaje ci się, ze dasz sobie radę, to próbuj. To i tak byłoby tylko kilku-miesięczne zastępstwo, nie?
–No, raczej... Dzięki, sis. Wracamy do biura?
–Dobra... chyba trzeba.
–Liczyłam na trochę więcej optymizmu, ale przyznaję, że sama też nie mam wielkiej ochoty na ponowne zakopanie się wśród druczków, rachunków i zakurzonych teczek.
Przyjaciółki wstały, przecięły fragment promenady, lawirując między rowerami, dzieciakami na rolkach i gromadkami paniusi z wózkami i weszły do jednej z kamieniczek, w której wynajmowali biuro. Miejsce wydawało się przytulne i czynsz nie był zbyt wysoki, więc miało same plusy. Weszły do siedziby swojej fundacji i Lils z zaskoczeniem spojrzała na starszą damę, która siedziała w hallu poczekalni, przeglądając ulotki informacyjne o działalności Hope City, rozwoju dziecka od poczęcia do porodu i typowe, plotkarskie gazetki.
–Dzień dobry – przywitała się. – Panna Lane? Jestem Beatrice Logan... Czy mogłabym przez chwilkę z panią porozmawiać?
–O... oczywiście. – Lilianne przez moment stała jak kołek, zupełnie zbita z tropu, dopóki Sky jej lekko nie szturchnęła. – Och... przepraszam. Zapraszam do mnie – dodała, zapraszając damulkę do swojego biura.
Holly, która dzieliła z nią te kilkanaście metrów przestrzeni, przypomniała sobie nagle, że musi coś załatwić i szybko się zmyła, a dwie kobiety mogły porozmawiać spokojnie.
–Może... eee... zaparzę pani kawę? – zapytała nieco niepewnie młodsza.
–Nie mogę, mam nadciśnienie.
–Uch, mam zbożową, albo czerwoną herbatę...
–Nie trzeba, to aż tak długo nie potrwa. Panno Lane, mam dość nietypową sprawę... Dwadzieścia lat temu wygrała pani konkurs muzyczny, prawda?
–„Music is the key”. Tak, do czego pani zmierza...?
–Jednym z jurorów był dziennikarz prowadzący programy muzyczne, Sean Logan... znała go pani? W sensie... poza sferą zawodową.
–Dlaczego pani o to pyta?
Damulka nie raczyła odpowiedzieć.
–Dobra, znałam go znacznie bliżej, niż dla własnego dobra powinnam. Dlaczego pani o to pyta? – powtórzyła Lily niezbyt uprzejmie, niecierpliwie.
–Jestem matką Seana. Z nim jest naprawdę źle. Ma białaczkę. Ostanie stadium... – Beatrice na moment przerwała swoją wypowiedź i przygryzła wargi, przez chwilę patrząc w okno.
Podeszła nerwowo do parapetu i zerwała zeschnięty listek ze stojącej na nim draceny. Opanowała się na tyle, by kontynuować bez cienia zbędnych emocji w głosie.
–Poprosił mnie, bym pomogła mu znaleźć dziewczynę, którą kiedyś znał... Pamiętał tylko twoje imię i że wygrałaś tamten konkurs... Chciałby jeszcze się z tobą zobaczyć i porozmawiać, panno Lane.
Na tę wieść w głowie Lily przewaliła się cała kawalkada myśli, wahających się od „a kij mnie to!”, do „muszę chociaż tyle dla niego zrobić!”. Walczyła sama ze sobą, z nagromadzoną przez lata złością i żalem do „tego człowieka”, aż w końcu kiwnęła potakująco głową.
–Zgoda. Odwiedzę go.
Beatrice podziękowała i zaraz później wyszła, czując ulgę, że załatwiła tę przykrą sprawę.

* * *
–Sean? – Spojrzał zaskoczony w stronę drzwi do sali, w których stała młoda, może trzydziesto-kilkuletnia kobieta, ubrana w kwiecistą, zwiewną, jasną sukienkę, podkreślającą jej drobną figurę. Rudawoblond włosy opadały kaskadami gęstych fal na jej plecy, a te dziwne, jasno-brązowe oczy poznałby nawet teraz... Patrzyły tak samo śmiało i życzliwie zaciekawione, jak wtedy, kiedy ujrzał ich właścicielkę pierwszy raz w życiu.
–Lily, dzięki, ze przyszłaś... Przepraszam, że spotykamy się tutaj, wolałbym cię zaprosić do jakiejś eleganckiej restauracji na kolację, ale może innym razem...
–Taak, taak, pomyśleć, że kiedyś łapałam się na twoje gładkie słówka. O co chodzi?
–Jesteś na mnie wściekła?
–No raczej... nie... sama nie wiem.
–Lily...co wtedy zrobiłaś? No wiesz, kiedy widzieliśmy się ostatni raz i... tak wtedy wybiegłaś. A ja zachowałem się jak ostatni cykor i pozwoliłem ci na to... Ty chyba nie... nie posłuchałaś tych głupot, które wtedy naopowiadałem, co?
–A jak, do jasnej, myślisz?! Wzięłam te pieniądze i poszłam do kliniki, której adres mi podałeś. Miałam szesnaście lat i zostałabym zupełnie sama z tym dzieciakiem... Myślisz, ze mogłam wybierać, do cholery?! – wybuchła.
–A więc wszystko przepadło... – Sean wyglądał na przybitego tą wiadomością, a Lily praktycznie wybiegła ze szpitala, nie mogąc się opanować. Od początku przypuszczała, ze przyjście tu będzie błędem i miała rację...

Obserwatorzy

Layout by Neva