niedziela, 2 lipca 2017

Część I, Rozdział 1.

Dzięki za komentarz Mari Kim.  Odrobina życzliwej krytyki zawsze się przyda.
To moja pierwsza próba pisania opowiadania w trzecioosobowej narracji (chociaż nie pierwsze opowiadanie w ogóle) i pewnie robię jeszcze mnóstwo błędów,  ale mam nadzieję, że wersja 2.0 już się do czegoś nada. :)
Miłego czytania. 

Ps. Jeśli chcecie poznać ulubioną piosenkę Nao, to proszę Was bardzo! ;) 



Kiepski początek


--I naprawdę trochę się denerwuję... Wiem, że nie powinnam, ale to mój pierwszy dzień w szkole. A tyle się nasłuchałam o Aoyuki Gakuen, że aż jestem ciekawa. I chcę, by wszystko było fajnie... mam nadzieję, że moja klasa będzie fajna i że zaprzyjaźnię się łatwo z innymi dzieciakami i że wszyscy będziemy się świetnie bawić... I że dowiem się tylu, ciekawych rzeczy... Słyszałam, że Aoyuki ma naprawdę ogromną bibliotekę, największą ze wszystkich prywatnych szkół w kraju, ciekawe, czy to prawda? I czy będą mieli tę książkę, którą chcę przeczytać i... No, właściwie chcę przeczytać kilka książek, a nie chcę ich kupować, bo mam już cały pokój zawalony półkami z książkami i żadnej nie umiem wyrzucić, więc wolę już nowych nie kupować...
Akigawa Nao, drobna, niska, brązowowłosa piętnastolatka, paplała podekscytowana, wyrzucając słowa z prędkością karabinu maszynowego, biorąc tylko przerwy na oddech i wracając do swoich monologów.
Poprawiła wstążkę, ozdabiającą koszulę jej mundurka, wypięła spinkę z włosów i rozplątała grzeczne warkoczyki, poprawiając fryzurę w lusterku samochodu i od razu poczuła się lepiej, chociaż trochę swobodniej. Uchyliła okno limuzyny i wyrzuciła przez nie frotki, śmiejąc się, gdy jedna z nich wylądowała na kapelusiku pewnej starszej damy, która chyba nawet niczego nie zauważyła i z miną ważniaczki dreptała drobnym kroczkiem po chodniku.
–Oba-chan, uważaj, ptaszyska atakują! – zawołała i roześmiała się, obserwując reakcję kobietki, która zaczęła się oglądać ze wszystkich stron, by sprawdzić, czy gdzieś nie ma śladów po ptasim „ostrzale”.
Tak zabawiając się po drodze dojechała po pół godzinie pod bramę Aoyuki Gakuen i już bez śladu swoich poprzednich wątpliwości i obaw, wyskoczyła z samochodu, nawet nie czekając, aż szofer otworzyłby jej drzwi i pomknęła na teren szkoły. Sama nie wiedziała, czy bardziej się stresuje i boi tych pierwszych chwil w liceum, czy już nie może się doczekać, aż pozna nowych kolegów i zacznie podobno najlepszy okres szkolnego życia. W każdym razie, nadmiaru emocji nie mogła inaczej rozładować, jak zachowując się, jakby dopadło ją ADHD i śpiewając na głos ulubioną piosenkę dla dodania sobie odwagi, tanecznym krokiem wbiegła w pierwszą z brzegu alejkę.
Wygłupiając się w ten sposób, nawet się nie zorientowała, kiedy wylądowała w czymś, co przypominało na wpół dziki, pełen najróżniejszych drzew i kępek kwitnących kwiatków, park. Chyba zabłądziłam – pomyślała widząc, że nagle znalazła się w jakimś zakątku kampusu, gdzie oprócz niej nie widziała żywej duszy i zawróciła, szukając drogi, która prowadziłaby do budynku liceum.
Po kilkunastu minutach, po których według wszelkiej rachuby powinna już wrócić do cywilizacji, nadal kręciła się po lasku, raz po raz mijając wielki, okrągły klomb, porośnięty różnobarwnymi tulipanami. Z początku myślała, że w parku znajduje się kilka, podobnych rabatek, ale za trzecim razem nabrała przykrych podejrzeń, że kręci się w kółko.
–No to, kurde, pięknie. – powiedziała do siebie z ironią, przysiadając na murku klombu, ale momentalnie z wrzaskiem poderwała się, wykonując dziwną karykaturę tańca deszczu Indian Apaczów. – Po prostu coraz lepiej – dodała z rosnąca irytacją, strząsając z siebie kilka mrówek, którym stanowczo nie spodobało się, że ktoś usiadł na ich autostradzie i w odwecie gryzły jak najęte. Gadanie do siebie może i nie jest najnormalniejszym zajęciem świata, ale co w ogóle było w tym momencie normalne? Zgubiła się na prostej drodze, okay, to miało oznaki normalności, przynajmniej dla niej.
–„Iki o shiteru, kokyuu shiteru”... ech, do bani! – przerwała kolejny popis wokalny. Była tak wkurzona faktem zabłądzenia, że nawet nucenie „A chance to shine” nie poprawiało jej humoru i nie pomagało odzyskać rezonu.
Wpadła za to na genialny w swojej prostocie plan, że jeśli pójdzie cały czas przed siebie, to prędzej, czy później gdzieś wyjdzie z dzikiego parku, ale ta metoda wyprowadziła ją tylko z lasku nad otoczone gęstymi kępami trzcin i pałek wodnych, porośnięte liliami małe jeziorko, lub duży stawek, wokół którego rozciągały się połacie zielonej, mięciutkiej jak puchaty dywan trawy, układające się w łagodne pagórki. Nieco na prawo od wyjścia z lasku, zobaczyła stojącą bezpośrednio nad wodą, ozdobną altankę. Zmęczona włóczeniem się w kółko, podeszła do zadaszenia, weszła do środka i nagle z zaskoczeniem zauważyła jakąś dziewczynę z jej szkoły, jeszcze chwilę wcześniej skuloną na ławce, która praktycznie zerwała się nerwowo na nogi i patrzyła przez moment na nią tak, jakby chciała z wrzaskiem uciec, albo schować się pod ławkę i poczekać, aż mała „może sobie pójdzie”.
–Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć, Nee-san – odezwała się łagodnie, uspokajająco, jak do przestraszonego dziecka, a nie znając imienia koleżanki, zwracała się tym neutralnym określeniem, którego zwykle używało się wobec jej rówieśniczek. – Jeśli przeszkadzam, to zaraz sobie pójdę... tylko odpocznę przez chwilę. Uwierzysz, że zabłądziłam? Strasznie to śmieszne, nie? – nerwowo się roześmiała, próbując ukryć zmieszanie. – Zawsze się gubię, nawet na prostej drodze. I teraz też zabłądziłam i włóczę się chyba już od pół godziny i próbuję dojść do budynku liceum... Przepraszam, że ci zawracam głowę, ale mogłabyś mi powiedzieć, jak tam trafić?
–Jasne. Nie martw się, każdy się tu trochę gubi pierwszego dnia. Przejdź łąką, aż do wiśniowej alei, później prosto tą drogą i dojdziesz do fontanny. A za fontanną w tle, zobaczysz taką wieżyczkę. To idź wprost na nią i trafisz bez problemu.
–Czyli sakury i wieża, a potem fontanna... nie, najpierw fontanna, a potem wiśniowa aleja, czy nie? Kurcze, Nee-san, możesz powtórzyć? Bo się pogubiłam. – poprosiła.
–Przez łąkę, do wiśniowej alejki. Aleja kończy się przy fontannie, która jest centrum ogrodów. Od fontanny odchodzi mnóstwo innych ścieżek. Musisz kierować się tą, z której zobaczysz wieżę... To jest punkt obserwacyjny klubu astronomicznego, stoi naprzeciwko budynku liceum. Na pewno ją poznasz, to najwyższy punkt w okolicy. Wiśnie, fontanna, wieża. Dasz sobie radę? – upewniła się.
–Tak, dziękuję ci bardzo, Nee-san.
–Nie ma za co, eeto...
–Jestem Akigawa Nao z I-c. Miło mi cię poznać...
–Nishida Namiko z II-b – przedstawiła się. – Mi również, Nao-san, ale... nie chcę być nieuprzejma i wybacz, jeśli to tak zabrzmi... Chyba powinnaś już iść. Spóźnisz się na rozpoczęcie roku, a dyrektor jest maniakiem punktualności. Gotów na ciebie nawrzeszczeć za to przy całej szkole.
–Uch... brzmi nieprzyjemnie. Dziękuję, za ostrzeżenie, Namiko-sempai. I za rady. I przepraszam, że ci przeszkadzałam. I...
–Nie szkodzi, nie szkodzi, ale idź już, naprawdę. Przepraszam, Nao-san, nie chcę cię wyganiać, ale wolałabym być teraz sama.
–Okay, dziękuję jeszcze raz! – Jakoś dziwnie jej to wyglądało, że nowa znajoma tak nerwowo, uparcie próbuje ją spławić, ale przecież każdy ma momenty, kiedy towarzystwo inne niż własne działa mu paskudnie na nerwy, rozumiała i nie zamierzała się narzucać...
–Anou... Nao-san, zaczekaj, to dość skomplikowane, więc... rozmyśliłam się, zaprowadzę cię. – odezwała się nagle starsza z koleżanek, doganiając małą. – Albo... o znam skrót, chodź! – dodała, nagle zawracając w stronę lasku, kiedy na horyzoncie zobaczyła gromadkę dziennikarzy szkolnej gazetki z tak zwaną Miss Agent na czele. Nie miała ochoty na spotkanie z nimi.
A tej co? Zmienia zdanie częściej, niż ustawa przewiduje... – pomyślała nieco podejrzliwie Akigawa, zastanawiając się, czy aby sempai nie przyszło do głowy zakpić sobie z „kota”, ale grzecznie podziękowała i przystała na jej propozycję. Przeszły przez na wpół zdziczały park, na pustą przestrzeń, którą zajmowały różne boiska i korty tenisowe, o tej porze dziwnie ciche.
Po dłuższym spacerze przestała wierzyć w zapewnienia, że sempai zna jakiś skrót i coraz bardziej się upewniała w przekonaniu, że starsza znajoma wycięła jej kawał, dla jaj wyprowadzając w maliny... chociaż nie była pewna, po co miałaby to właściwie robić. To wszystko było jakieś dziwne, a Nao zaczynała się czuć, jakby znalazła się w jakimś pokręconym anime, albo czymś takim.
Właśnie miały wyjść z kolejnej gęstwiny, która dla odmiany przypominała sad, pełen regularnie rozsadzonych, kwitnących drzew i krzewów, gdy jej starsza koleżanka nagle się cofnęła i twierdząc, że czegoś zapomniała i musi się wrócić, zaczęła się raczkiem wycofywać. To by było nawet śmieszne, gdyby nie aż tak dziwaczne...
–'Dobry, Nishida-dono – odezwał się w tym momencie do niej ktoś z kpiącym szacunkiem, psując jej „ambitny plan niepostrzeżonego odwrotu”.
Oddaloną o kilkanaście metrów ławeczkę, która stała przy alejce, wychodzącej z sadu obsiadło jak stado kur na grzędzie gromadka chłopaków. Właściwie gdyby nie to, że jeden z nich, nerwowo kopcił faję, wyglądaliby na typowych, grzecznych uczniów maturalnej klasy, którzy chcą sobie jeszcze trochę pogadać i powygłupiać się przed rozpoczęciem lekcji. Obok palacza siedział wysoki, chudy piegus, dalej jego kolega z lekko falowanymi, rozczochranymi włosami i dziwnie zimnymi, szarymi oczami i jeszcze jeden ich kumpel w okularach a'la kujon. Dymek, Patyczak, Szopen i Czterooki, jak ich na własny użytek przechrzciła Nao, nie sprawiali szczególnie wrażenia kogoś, przed kim chcesz wiać na drugi koniec świata, ale Namiko chyba miała na ten temat inne zdanie.
Dzie-dzień dobry, Kaito-sama – przywitała się niepewnie.
Podejdź tu – zwrócił się do niej rozkazującym tonem kolega Rozczochraniec, do którego mówiła w tak dziwacznie ugrzeczniony sposób.
Zawahała się, ociągając się przed spełnieniem polecenia.
No, na co czekasz? Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? Chcesz, żeby ci to inaczej w y t ł u m a c z y ć?
Co to za buc? – zapytała w duchu Nao, ale nim zdążyła się odezwać, jej nowa znajoma, minęła ją ze spuszczoną głową, cicho jej mówiąc, by „cokolwiek się działo, nie wtrącała się” i podeszła o parę kroków do nieznajomego.
Czy z twoją pamięcią wszystko w porządku? – pytał dalej „uprzejmie”.
Tak, Kaito-sama.
To dobrze. Przypomnij więc, co ci ostatnio mówiłem.
...Że mam się tu nie pokazywać, chyba, że powiem ci, co naprawdę wiem o tym wypadku.
No brawo. To jak będzie?
Wybacz, Kaito-sama, ale... powiedziałam już wszystko. Naprawdę! Nie śmiałabym cię okłamywać! Proszę, uwierz mi! Błagam...!
Skoro o coś prosisz, to rób to jak należy! – zwrócił się do niej „Dymek”. On i Okularnik podeszli do niej i pchnęli ją na ziemię, zmuszając, by uklękła przed „Kaito-sama”, a gdy próbowała się podnieść, przytrzymali w tej pozycji.
Przepraszam... Naprawdę chciałabym... – plotła Nishida coraz bardziej nerwowo.
Oi, nie wiem, o co wam chodzi, ale... odczepcie się! Co to w ogóle ma być, za siła złego na jednego, co? I co z was za faceci, że dziewczynę bijecie? Wstyd, hańba, siara i poruta, po prostu! – oburzyła się Nao. Nie znała Namiko, ale wkurzała ją ta sytuacja i nim pomyślała, że może rozsądniej będzie się nie wtrącać, wybuchła. Podeszła do nowej znajomej, energicznym krokiem ucieleśnienia furii, „przypadkiem” nadeptując na stopę „Dymkowi” i pomogła jej wstać. Jej sempai patrzyła tylko na małą oczami jak spodki, bojąc się nawet pomyśleć, co wyniknie z awantury.
Oi, dzieciaku, nie wtrącaj się! Nikt cię nie nauczył, żeby nie przerywać, kiedy dorośli rozmawiają? – zwrócił się dla odmiany do niej Kaito.
To nazywasz rozmową? W ogóle za kogo ty się uważasz, co? Kto ci dał prawo zadzierać nosa?
Miała ochotę trzasnąć tego patafiana w jego krzywy pysk, przynajmniej raz a dobrze, ale powstrzymała się dzielnie, postanawiając, że poczeka na lepszą okazję.
Zignorował jej pytania, jakby odpowiadanie na takie zaczepki było poniżej jego godności.
Jesteś tu nowa, kouhai, więc ten jeden raz daruję ci to zachowanie. Tylko grzecznie przeproś i idź się bawić w jedyną sprawiedliwą gdzie indziej – odparł chłodno, próbując nie dać się wyprowadzić z równowagi.
Che, też coś! – prychnęła oburzona. – Nie mam za co przepraszać! To ty powinieneś przeprosić!
No i staraj się być dla takiej miły, kurna – pomyślał rozzłoszczony bezczelnością i tupetem tej smarkuli. Nie dość, że zachowywała się, jakby pozjadała wszystkie rozumy, wyobrażając sobie, że wie, co tu się dzieje, zwracała się do niego, jakby dobrze się znali, a nie widzieli pierwszy raz na oczy i nawet nie słyszeli swoich imion, to jeszcze śmiała twierdzić, że nie ma za co przepraszać! Niewychowana, wkurzająca dziewucha! – dodał na własny użytek, udając, że nie słyszy, jak mu ta impertynentka wymyśla od najgorszych.
–Cóż, skoro to jest twoja odpowiedź...
Dał znak swoim przyjaciołom, którzy złapali zaskoczoną małolatę mocno pod ręce. Nie spodobało jej się to, więc narobiła wrzasku i hałasu za dziesięciu, próbując się bezskutecznie wyrwać.
–Zabierzcie stąd tę krzykaczkę i zamknijcie gdzieś – rozkazał herszt bandy, nadal spokojnym tonem, może tylko trochę ciszej, niż zwykle, co zazwyczaj nie wróżyło niczego dobrego. – A teraz, co do ciebie, Nishida-san... – zwrócił się do Namiko, wracając do przerwanej „rozmowy”, gdy tylko Nao i jego „koledzy” zniknęli z pola widzenia.

* * *
Wykonując polecenie herszta gangu Yuki i Kenta odciągnęli niezbyt skorą do współpracy Nao w stronę stojącej w pobliżu szopki, bezceremonialnie wrzucili ją do środka i zatrzasnęli za nią drzwi, zamykając ją w środku. Klnąc jak nigdy żadna dama w potrzebie jeszcze sobie nie pozwoliła, mała zerwała się na równe nogi, znalazła się przy drzwiach i wymyślając całej bandzie, spróbowała je otworzyć. Nic z tego. Przez jakąś chwilę narobiła niezłego wrzasku, ale kiedy nic to nie dawało, usiadła w jakimś kącie, próbując nie panikować i nie wyobrażać sobie, jak nagle ściany kanciapy zwalają się jej na głowę, czy innych okropności. To by było dużo łatwiejsze, gdyby nie cierpiała na klaustrofobię. Z nerwów wstała, zrobiła parę kroków, natrafiła na ścianę, usiadła znowu, wstała i przeszła kolejne trzy, albo cztery nerwowe kroki do innej ściany... Nosiło ją, ale nie zamierzała wpadać w histerię i z płaczem prosić tych drani, by ją wypuścili. Przez moment rozglądała się, próbując w półmroku wypatrzyć cokolwiek przydatnego, ale jedyne, co widziała, to rupiecie i, o zgrozo, czy to szczur?! Ale nie... tylko jakiś stary, nadgryziony przez coś gumiak, tak wyglądał w szarym, mdłym świetle, przedostającym się do środka przez małe, brudne okienko. Prawie po omacku zaczęła szukać czegokolwiek przydatnego, co by pozwoliło otworzyć „te cholerne drzwi”, ale nie bardzo nawet wiedziała, co to ma być... Trafiła na latarkę, która co prawda wyglądała, jakby miała najlepsze czasy za sobą, ale jeszcze dawała jakie-takie światło. Rozjaśniło nieco zagraconą szopkę, ułatwiając poszukiwania skarbów. Chwilę później Nao miała już całą kolekcję połamanych, plastikowych wiaderek, jakąś puszkę po coli, stare, na wpół rozklejone kalosze, grabie, dziurawą siatkę na motyle, zardzewiałą konewkę... Same śmieci, ale się nie poddawała, wiedząc, że musi czymś się zajmować, bo inaczej zwariuje przez tą nieszczęsną klaustrofobię, szukała dalej.
W jakimś kącie trafiła na skrzyneczce ze sklejki, w której znajdowało się kilka starych gazet, opisujących sukcesy szkolnej drużyny futbolowej sprzed wielu, wielu lat, znalazła nabazgrane pisakiem, w znaczkach katakany „Ruka”, jakby to było jakieś imię, albo nazwa własna. Prawdopodobnie czyjeś przezwisko. Czy ktoś podpisał się tam dla wygłupu, czy miał w tym jakiś cel? Może to do niego (niej*?) należała ta kolekcja artykułów? Możliwe, że Ruka to pseudonim jednego z zawodników dawnej drużyny? Ciekawska Nao zaczęła przeglądać wydruki, pobieżnie je czytając i szukając właściciela świstków, gdy po przerzuceniu prawie całej sterty, gdzieś pomiędzy jednymi, a drugimi znalazła... własnoręcznie złożoną, prowizoryczną kopertę, zaadresowaną pochylonymi lekko w lewo znakami „Dla Ani-ue od Ruki”. Może i nie powinna tego robić, ale zaintrygowana zajrzała do koperty, chcąc się czegoś dowiedzieć o tajemniczej (tajemniczym?) Ruce. W środku znajdował się krótki liścik, w którym autor(-ka) prosił(-a) brata o przejrzenie plików na dołączonej karcie pamięci i dodawał(-a), że są zabezpieczone „tym dłuższym hasłem”. Znaczki w charakterystyczny sposób pochylały się w lewą stronę, jakby osoba, która to pisała, zrobiła to lewą ręką... A więc ma starszego brata, którego chyba bardzo szanuje, skoro zwraca się do niego per „Ani-ue” i są ze sobą nieźle zżyci jeśli znają swoje hasła, prawdopodobnie jest leworęczny(\-a) i... Kurde, ciekawe, co jest na tej karcie pamięci? Dlaczego ją tu ukrył(-a)? Szkoda, że nie umiem tego shakować – pomyślała z żalem.
Kurna...! – zaklęła Nao, w momencie, gdy latarka zamrugała i zgasła, siadając w jakimś kącie, bo bez światła z przeszukiwania składziku wyszły nici. Znowu zaczęła ją opanować panika, miała już dość, wydawało jej się, że tkwi tu od wieków i nawet zagadka znalezionej przypadkiem karty SD nie potrafiła odwrócić jej uwagi od strasznych wytworów wyobraźni... A co jeśli ten drań mnie tu zostawi i nikt po mnie nie przyjdzie? A co, jeśli zabraknie tu powietrza? W końcu chyba okna są szczelnie zamknięte, a pod drzwiami nie widać żadnej szpary, więc to chyba możliwe... i jest tu naprawdę duszno... A co jeśli nagle przyjdzie trzęsienie ziemi i to coś się na mnie posypie... A co...? – myślała, a tych „a co?” było coraz więcej i więcej, aż nie wytrzymała i wydarła się na cały głos, wzywając kogo żyw w pobliżu na pomoc. Początkowo nic to nie dawało, ale kiedy już chciała się poddać, zmęczona krzyczeniem na całe gardło, zza drzwi budy usłyszała nieprzyjemnie znajomy głos.
Oi kimi, jak ładnie poprosisz, to się zastanowię, czy cię stąd wypuszczę... – odezwał się do niej Kaito.
To znowu ty, draniu? Nie wystarczy ci, że nie rozwalę ci ryja, jak tylko cię zobaczę?!
...O proszę, jaka nagle jesteś dzielna... A przed chwilą z płaczem błagałaś o pomoc.
Chciałbyś! – prychnęła wkurzona, szczególnie, że drań był bardzo bliski prawdy. Mało brakuje, a chyba by się rozpłakała z poczucia bezsilności, złości i strachu. Nadal jej się zbierało, ale przecież nie mogła się rozkleić, absolutnie nie teraz.
Nie, właściwie to mnie nie obchodzi, co tam się z tobą dzieje. Możesz nawet paść trupem, nie dbam o to – odciął się tym swoim lodowatym tonem. – Cóż, w każdym razie widzę, że jeszcze musisz sobie parę rzeczy przemyśleć... więc nie będę ci dłużej przeszkadzać...
Kurna... – mruknęła Nao ciszej, na własny użytek, po czym dodała do „tego buca”: – Zaczekaj! Przepraszam i... proszę, wypuść mnie stąd.
Tylko na tyle cię stać? Postaraj się bardziej, no włóż w to więcej przekonania! – kpił sobie w najlepsze, wiedząc, że tym razem wygrał. Mała też zdawała sobie z tego sprawę, chociaż jej bynajmniej ta świadomość nie bawiła...
Nii-sama, naprawdę bardzo cię proszę, wypuść mnie. – powtórzyła grzeczniej.
No, robisz postępy, ale chyba stać cię na więcej. Czy może jednak chcesz tu jeszcze trochę posiedzieć?
Nie, Nii-sama, błagam, nie zostawiaj mnie tutaj! Proszę, zrobię co zechcesz, tylko wypuść mnie stąd!
Czy jej się tylko wydawało, że drań się roześmiał złośliwie?
Widzisz? Jak chcesz, to potrafisz! – odpowiedział z tą charakterystyczną drwiną. – To do jutra! – dodał i usłyszała, że odchodzi swoją drogą.
Zaczekaj! Mówiłeś, że mnie wypuścisz, kiedy cię poproszę...
Mówiłem, że zastanowię się wtedy, czy cię wypuścić. No więc przemyślałem to, dokładnie rozważyłem twoją prośbę i uznałem, że niestety z przykrością muszę ci odmówić, kouhai. Do widzenia – odparł ze złośliwym uśmieszkiem i poszedł swoją drogą.
Nao tego było już za wiele, osunęła się pod drzwiami, usiadła skulona i rozpłakała bezradnie.

Obserwatorzy