niedziela, 10 września 2017

Rozdział 5.

  No dobra, przyznaję bez bicia, że napisanie tego fragmentu szło mi jak krew z nosa... Dobra wiadomość jest taka, że dalej chyba będzie lepiej. 

Wróćmy do Japonii i sprawdźmy, czy nasi "Milusińscy" czegoś się dowiedzieli. 
Zapraszam do czytania ;)

Uważaj złotko, bo wpadniesz w błotko

 
Zapadł już wieczór i w okolicy zapanowała przygnębiająca cisza, w której tylko koty się drą, albo pijaczki śpiewają swój niezbyt dźwięczny repertuar. Szczególnie w takiej dzielnicy, gdzie pełno identycznych, na wpół rozsypujących się, drewnianych budek, zwieszających się nad głowami kabli wysokiego napięcia i oświetlonej jedynie migającymi, zmęczonymi pracą, lichymi latarenkami. Wydawało się, ze jedynymi osobami, które jeszcze nie śpią jest dwóch chłopaków, siedzących w małym, pustawym pokoju w jednym z bardziej sypiących się domków. W kącie, bezpośrednio na podłodze stała wieża, z której huczały na pół osiedla dźwięki ostrej, rockowej muzyki.
Kaito postawił przed kumplem wielką michę solonego popcornu i dwulitrową butlę coli, z której zaraz nalał sobie sporą szklankę. Żelazne zapasy niezdrowego żarcia wydawały się niezbędne, bo chyba czekało ich jeszcze sporo pracy. Michi właśnie rozkładał się na stoliku kotatsu z laptopem, do którego podłączył telefon. Wgrał na komputer zrobione wcześniej zdjęcia i przyjaciele zaczęli przeglądać zdobyte informacje, co chwile sprawdzając dziwne, medyczne terminy na internecie. Dzięki pomocy kolegi Neta zrozumieli dość, by nawet sceptyczny Michi zaczął przypuszczać, że może jednak Kaito nie cierpi na paranoję...
–Bezpośrednią przyczyną utraty przytomności był udar krwotoczny... – czytał na głos Takeda. –Skąd wylew u szesnastolatki, do jasnej cholery?! – zastanawiał się.
–Nie wiem... nie podoba mi się to. Czytaj dalej.
–Kaito, tu jest coś jeszcze... Sprawdzali, czy nie ćpała amfy, albo koki, które przy przedawkowaniu mogą wywołać wylew, ale...
–Mówimy o Haruce, nie byłaby tak głupia, by ćpać!
–Może jednak... bo chociaż dragów nie znaleźli, to... wiesz, co to jest? -- Poskreślił jakąś dziwacznie brzmiącą, trudną do wypowiedzenia nazwę. -- Ponoć miała ślady tego w organizmie.
–Nie, sprawdź na necie.
Po chwili szperania doszukali się artykułu na temat nielegalnych leków na odchudzanie. Jednym z nich była wspomniana wcześniej substancja, której zadaniem było hamowanie odczuwania głodu. Została uznana za nielegalną i wycofana z użytku, po tym, gdy okazało się, że powoduje niebezpieczne dla życia „skoki” ciśnienia tętniczego.
–Podejrzewają, że Haruka w jakiś sposób zdobyła to parszystwo i się tym przećpała. To doprowadziło do nadciśnienia i wylewu... Brzmi logicznie. – stwierdził Michi.
–Powiedz jeszcze raz, ze młoda to ćpunka, a ci tak walnę, że przez okno wylecisz! A jak będzie zamknięte, to tym lepiej! – zdenerwował się Kaito. Spojrzał na przyjaciela z taką złością, ze ten przez moment przypuszczał, że faktycznie zaraz oberwie, ale skoro to prawda, nie zamierzał się wycofywać. Można było powiedzieć o nim wiele nieprzyjemnych rzeczy, ale na pewno nie to, ze jest tchórzem.
–Wyobraź sobie, że ona nie jest jeszcze świętą! Cholera, na co innego ci to wygląda, Katsuragi? Anorektyczka zdobywa skądś nielegalny środek na odchudzanie i zaczyna to brać. Za którymś razem przesadza. Cała tajemnica.
–No dobra, mądralo. Powiedz jeszcze: w jaki sposób zdobyła te leki? I jak jej się udawało je regularnie brać, tak, że ani mama, ani Ami-nee, czy ja nic nie zauważyliśmy?
–A skąd mam wiedzieć?
–No właśnie, sam widzisz, że to za proste. Masz coś jeszcze?
–Nie, ten durny telefon zadzwonił i nie zdążyłem skopiować wszystkiego.
Kaito podsumował to tylko jakimiś wiązankami kwiecistych epitetów i zaczął spisywać na jakimś świstku, co udało mu się dowiedzieć ze zdobytych dokumentów. Coś mu mówiło, że jeszcze ma sporo do odkrycia.

* * *
–Znasz może kogoś, na kogo mówią „Ruka”? To może być imię, lub przezwisko. Wiem tylko tyle, ze ten ktoś jest prawdopodobnie leworęczny i ma tu starszego brata. – zapytała Nao jakiegoś chłopaka, który właśnie szedł korytarzem.
–N-nie – odparł niepewnie i przyspieszył kroku, by jak najszybciej zniknąć z zasięgu jej głosu i oczu.
Podobnie zachowywali się kolejni z jej sempai, różnica polegała tylko na tym, ze niektórzy spławiali ją bardziej uprzejmie, a inni mniej. Powoli dzieciaki w szkole dowiedziały się, ze po korytarzach włóczy się „taka mała wariatka, który rozpytuje o 'Rukę'” i zaczęli jej unikać, niektórzy ostentacyjnie, inni z pozorami dyplomacji. Nao poczuła, że zaczyna ją ogarniać frustracja i złość na kolegów, którzy zachowywali się tak dziwacznie i nieuprzejmie. Zniechęcona wróciła do swojej klasy jak zwykle przed rozpoczęciem lekcji, gwarnej i pozornie bardziej zatłoczonej. Miało się takie wrażenie, bo wszyscy porozdzielali się na małe kółeczka, rozrzucone po całej powierzchni sali i rozmawiali tak głośno, by przekrzyczeć sąsiedni klub samoadoracji. Na małą nawet nie zwrócili uwagi, a gdy podeszła do najbliższego kółeczka, grupka dziewczyn zmierzyła ją nieuprzejmymi spojrzeniami, bardziej niż słowami wymownie każąc jej spadać.
Wzruszyła ramionami i podeszła do innej grupki, która również nie bardzo miała ochoty na jej towarzystwo, więc stwierdzając, ze nie będzie się pchała, gdzie jej nie chcą, usiadła w jakiejś wolnej ławce, wyciągnęła z plecaka książkę i zabrała się za czytanie setny chyba już raz „Opowieści z Narnii”.
–Oi, to ty jesteś tą dziewczyną, która rozpytywała o „Rukę”, tak?
Dwóch kolegów z klasy podeszło do niej. Jeden do niej zagadał, a drugi wyrwał jej sprzed nosa książkę i odrzucił na sąsiednią ławkę.
–No, a czego chcecie? – zapytała równie uprzejmie.
–Chodź z nami.
–Bo co?
–Bo tak. Kaito-sama chce cię widzieć. Mamy cię do niego zaprowadzić. No, chodź już.
Kaito-sama”? – powtórzyła w myślach, próbując skojarzyć, czy nie słyszała już, by ktoś używał tu tej śmiesznie oficjalnej formy. Po chwili przypomniała sobie, że Namiko-sempai zwracała się w ten sposób do herszta gangu, którego spotkała wczoraj w parku.
–Nic mnie to nie obchodzi. Nie mam zamiaru odzywać się do tego nadętego buca – oświadczyła dumnie.
–Wybacz, ale rozkaz to rozkaz. – Ten milszy z „Milusińskich” koleżków, złapał ją za ramię i zmusił, by wstała. Nao niewiele myśląc, nadepnęła mu z całej siły na stopę, a gdy ją puścił, odepchnęła go, trzasnęła drugiemu z zabijaków kantem dłoni w nos i pomknęła do wyjścia z sali, w której panował taki chaos, że nikt nawet nie zwrócił uwagi na awanturę. Wypadła na korytarz i pomknęła przed siebie, szukając jakiejkolwiek kryjówki, mając poczucie, ze jej ten numer nie ujdzie na sucho... Co jednak mogła poradzić, zareagowała zupełnie odruchowo. Wypatrzyła jakieś uchylone drzwi i wpadła do środka, znajdując się nagle w nieco zagraconym, ale przytulnym biurze. Na zawalonym papierami i bibelotami biurku stała doniczka z różowym kalanchoe, w oknie ktoś powiesił krótką, cienką firankę, upiętą ozdobnym kwiatkiem. Na ścianach kilka kolorowych obrazków...
Co to za miejsce?
–Akigawa-san? Co tu robisz? Co się stało? – zwróciła się do niej Mikage Kin, która właśnie weszła przez inne drzwi, wnosząc w ozdobnej, małej konewce wodę do podlania kwiatka.
–Mikage-sempai, przepraszam, nie chciałam ci przeszkadzać... ale tak jak mówiłaś, popytałam parę osób o „Rukę”, ale wszyscy mnie spławiali, ale nagle potem jakichś jełopów mnie zaczepiło i mówili, że ten nadęty buc, którego tu z niewiadomych przyczyn nazywają „Kaito-sama”, chce ze mną gadać, ale ja z nim nie chcę, więc im trzasnęłam w nos i zwiałam i przypadkiem trafiłam tutaj. Mogę tu trochę zostać? Mogę? Tylko do dzwonka...
–I potem co? Zamierzasz się cały czas gdzieś chować i uciekać? Myślałam, że chcesz się dowiedzieć czegoś na temat „Ruki”? Może Katsuragi Kaito wie coś przydatnego?
–Chyba aż tak mi nie zależy... Po prostu nie chcę nigdy więcej oglądać jego parszywej mordy i tyle.
–Naprawdę? Zdajesz sobie sprawę, że to będzie bardzo trudne, biorąc pod uwagę, ze uczymy się w tej samej szkole...? Akigawa-san, rozumiem, że możesz mieć swoje... drobne antypatie, ale w ten sposób tylko komplikujesz sprawę. Poza tym, nie chcę być nieuprzejma, ale wiesz, to może wyglądać trochę tak, jakbyś się go bała... A przecież tego nie chcemy, prawda?
–Mogłabyś mnie wprost nazwać cykorem, skoro to jest to, co myślisz – zdenerwowała się Nao. Ten dziwny, protekcjonalny ton koleżanki zaczął jej poważnie działać na nerwy. A myślała, że sempai jest po jej stronie...
–Proszę cię, moja droga, jak możesz w ogóle używać tak ordynarnego wyrażenia? – Kin skrzywiła się, jakby ktoś znowu podsunął jej pod nos probówkę z amoniakiem, jak to któregoś razu się zdarzyło na lekcji chemii. – Nigdy bym tak nie powiedziała, aczkolwiek obawiam się, że inni mogą tak twierdzić.
Chyba byłaby mniej nieznośna, gdybym mogła się z nią choć trochę posprzeczać – uznała Nao.
–Dobra, dobra, pójdę z nim pogadać. Wiesz, gdzie ten buc może się teraz podziewać?
–Pomyślmy, gdybym była zgryźliwym mizantropem, to prawdopodobnie zaszyłabym się na dachu, albo na polance wśród janowców. Chodźmy najpierw na taras – zaproponowała Kin.
Nao niechętnie się zgodziła i po przejściu plątaniny korytarzy, dotarły do schodów, po których wspięły się aż na samą górę i wyszły na taras na dachu. Rozciągał się z niego malowniczy widok na cały kampus, ponad koronami drzew, wokół barierek stało kilka ławek, oddzielonych od siebie donicami z kwiatami, o które też dbały dzieciaki z klubu botanicznego, podobnie jak o sad. Chociaż miejsce z całą pewnością należało do najładniejszych w okolicy, w porównaniu z innymi zakątkami, wydawało się pustawe. Głównie dlatego, że większość uczniów wiedziała, ze to „strefa VIP”, a raczej teren szkolnego gangu, na który lepiej się nie zapuszczać. Tym razem też nasi znajomi rozsiedli się na jakiejś ławce w odległym kącie tarasu, z którego mieli dobry widok na cały dach, a z drugiej strony też odrobinę spokoju. Yuki i Kenta przeglądali jakąś gazetkę, podejrzanego autoramentu, Michi grał w grę, a Kaito ze znudzoną miną przeglądał listę piosenek na telefonie, usuwając te, których już od dawna nie słuchał.
–Dzień dobry, Kaito-sama, najmocniej przepraszam, jeśli przeszkadzam... – odezwała się niepewnie Kin na przywitanie. – Anou... pozwolisz, że Akigawa-san i ja zajmiemy ci chwilkę...?
Spojrzał zaskoczony, bo takie formalne i przy tym zupełnie pozbawione ironii słowa jakoś do niej nie pasowały. Czyżby się o coś obraziła, czy jak?
Tym razem przylazła tu z tym bezczelnym dzieciakiem, którego miał wątpliwą przyjemność poznać wczoraj.
–Czego chcecie? – zapytał niechętnie. Chciał się czegoś dowiedzieć o siostrze i czekał na kogoś, kto może mieć jakieś informacje, a nie użerać z niewychowaną smarkulą i za-cholerę-nie-wiadomo-o-co obrażoną Kin.
–Nao-san? – Mikage zwróciła się do swojej denerwującej koleżanki, lekko wypychając ją do przodu, dając jej do zrozumienia, by to ona przedstawiła ich sprawę.
–To moja kwestia. Czego ty chcesz?
–Akigawa-san, tak? – zwrócił się do niej. – Zacznijmy od tego, że chyba powinnaś być trochę grzeczniejsza. Wczorajsza przygoda niczego cię nie nauczyła? Potrzebujesz kilku dodatkowych lekcji?
Spojrzała na niego z jakąś śmieszną mieszanką złości, niechęci i przestrachu.
–Nie.
–Nie? Może jednak? Z przyjemnością ci ich udzielę...
–Nie, proszę, wybacz mi moje niestosowne zachowanie, Kaito-sama – spuściła nieco głowę, by ukryć wściekłość, która zaczęła ją ogarniać. Gdyby nie podejrzewała, że ten typ nie rzuca słów na wiatr, z największa przyjemnością trzasnęłaby mu w tą krzywą mordę. Raz, a porządnie.
–No brawo, robisz postępy. Teraz coś bardziej skomplikowanego. Odpowiedz na pytanie: po co tu przyszłaś?
–Podobno chciałeś mnie widzieć, Kaito-sama.
Kin ukradkiem kiwnęła głową, inaczej to by chyba nie uwierzył, że jego „cennym źródełkiem informacji” okaże się ta głupia małolata.
–To ty rozpytywałaś w szkole o Rukę?
–Tak, Kaito-sama.
–Dlaczego?
Nao się zawahała i nie odpowiedziała, a Kin za jej plecami wzruszyła ramionami, całkiem wymownie.
Akigawa-san, odpowiedz. – ponaglił ją, niecierpliwie. Za co los mnie pokarał tą dziewuchą?, pomyślał z rosnącą irytacją.
Ta nadal wyglądała na nieprzekonaną. Tajemniczy(\-a) autor(-ka) listu chyba bardzo się postarał(-a), by nie wpadł on w niepowołane ręce, a na pewno... miał(-a) na myśli też typów pokroju tego chłopaka. Jakoś nie wyglądał on na kogoś, kogo można nazwać „szanownym starszym bratem” i z marszu mu zaufać...
Nie bój się, kruszynko. Rób, co ci mówię, a nie dam ci powodu do płaczu – przekonywał dziwnie miękkim, fałszywie przyjaznym tonem ten drań. Każde słowo zapowiadało Nao niezłe kłopoty, gdyby przypadkiem przyszło jej do głowy się kłócić...
–Znalazłam jakiś list, zaadresowany „od Ruki dla Ani-ue”. Był ukryty wśród starych gazet. Chciałam znaleźć adresata i oddać mu list.
Kin w ostatniej chwili zasłoniła sobie dłonią usta, powstrzymując się w pół słowa, by nie wyrwać się chyba pierwszy raz w życiu z jakimś niekulturalnym okrzykiem zaskoczenia, brzmiącym jak „O kur...!”, a Kaito przez moment zupełnie zamurowało. Michi wypuścił z dłoni telefon, który z dziwnym hukiem spadł na ziemię, co zabrzmiało głośno, jak grzmot. Szef gangu opanował się po krótkiej chwili i chyba nawet głos mu nie zadrżał, gdy ponownie zwracał się do Nao.
–Masz ten list przy sobie?
–Tak, Kaito-sama.
–Dobrze, oddaj mi go.
–Ale...
–Akigawa-san, nie życzę sobie żadnego „ale”. Rób, co ci mówię, to wszystko.
Szlag, ale się wpakowałam, zaklęła w myślach, ale nie zamierzała posłuchać.
–Powiem tak, by nawet taka głupia gęś jak ty zrozumiała. Oddasz mi ten list grzecznie i z własnej woli, albo cię do tego zmuszę. Jak chcesz, twój wybór. – powtórzył twardo, niecierpliwie, a Nao miała niemiłe przeczucie, że nie żartuje.
Oho, ktoś tu się wkurzył – zauważyła z lekkim zaciekawieniem Kin. – Jeśli mała nie wie kiedy odpuścić, zacznie się robić interesująco...
Chyba jednak ku rozczarowaniu Mikage, która już się spodziewała ciekawego przedstawienia, Nao wiedziała, kiedy przestać, bo niechętnie wyciągnęła z kieszeni jakąś prowizorycznie złożoną kopertę i podała ją starszemu koledze.
–Proszę bardzo, Kaito-sama.
–Dziękuję, możesz odejść – stwierdził tym swoim zimnym, wyniosłym tonem. Normalnie brzmiałoby to może i śmiesznie, ale jakoś nie w jego wykonaniu. Nao nie czekała, aż ten drań jeszcze coś wymyśli, tylko grzecznie się wyniosła, oddychając z ulgą, gdy tylko zniknęła z zasięgu oczu tamtego podejrzanego towarzystwa.
Oi, Kaito-dono, pozwolisz z łaski swojej, że i ja zobaczę ten list? – Kin jak tylko dzieciak prysnął, przestała się zgrywać na grzeczną i wróciła do swojego zwykłego, nieco denerwującego sposobu bycia żmijki, znanej z tego, ze potrafi mówiąc „och, jak się cieszę, że cię widzę!” wyrazić „spier**laj, idioto!”.
–Też jestem ciekaw – dodał Michi, wyjątkowo zgodny.
–Dobra, przeczytam wam na głos. – odpowiedział Kaito po pobieżnym przejrzeniu krótkiej notki. – „Ani-ue, daję ci kartę pamięci z mojego aparatu. Jest na niej kilka zdjęć, które mogą cię zainteresować. Przepraszam, że nie oddałam ci ich od razu, chciałam je najpierw wywołać, ale chyba nie będę miała okazji... Ps. Karta jest zabezpieczona moim dłuższym hasłem.”
Brzmi interesująco. Chodźmy do redakcji, mam w biurze kompa. Sprawdzimy zawartość karty od razu... Jeśli chcesz, Kaito-dono. – zaproponowała dziennikarka.
–Pewnie, dzięki, Kin-rin.
Chwilę później cała gromadka tłoczyła się przy ekranie komputera Kin, przeglądając zdjęcia, które zrobiła Ruka. Kilka z nich wyglądało zupełnie zwyczajnie i pokazywały po prostu ich paczkę, poprzebieraną za postaci z anime na szkolnym balu, ale kilka przy końcu było innych: zrobione na powiększeniu, przez co nieco zamazane, zdaje się, ze pod wieczór, pokazywały coś, co „naprawdę mogło zainteresować” nie tylko dziennikarkę szkolnej gazetki i starszego brata Haruki... Nie wdając się w szczegóły, jego siostra złapała swoim aparatem w akcji trzy osoby, które handlowały czymś, co kiedy Kin powiększyła zdjęcie, okazało się podrobioną receptą. Na innym jedna z tych osób sprzedawała komuś malutką, foliową paczuszkę z dziwnym proszkiem... Michi aż gwizdnął i może dlatego nie od razu zwrócili uwagę, że drzwi gabinetu zaskrzypiały. Kin odwróciła się błyskawicznie, a Kaito zminimalizował okno, chowając obraz przed nieproszonym gościem, którym okazał się gamoniowaty kuzyn Mikage, zastępujący Rukę jako fotograf szkolnej gazetki. Nie nadawał się do tego jednak zdaniem szefowej ani trochę, a że koniecznie chciał należeć do ekipy redakcji, trafiła mu się zamiast tego rola podaj-przynieś-pozamiataj sierotki. Właśnie z głupią miną stał w drzwiach i trzymał tacę z kawą, o którą kilka minut wcześniej prosiła go szefowa. Widział coś niepotrzebnego? – zastanawiał się Kaito. – Lepiej, żeby nikt nie wiedział, ile my wiemy...
–A nie mówiłem? – zapytał kolegów, wyłączając program i wyciągając kartę. Minę miał wbrew temu triumfalnemu pytaniu nietęgą. – Wierzycie mi teraz? Przepraszam, że poproszę was o coś tak niebezpiecznego, ale... Pomożecie mi dowiedzieć się, co tu się dzieje? Nie będę miał pretensji, jeśli ktoś z was powie „nie”.
Nikt się nie wycofał, ku wielkiemu zaskoczeniu i wdzięczności Kaito. Gdybym wierzył w bogów, w tym momencie musiałbym im naprawdę podziękować za takich przyjaciół! – pomyślał, mimowolnie się uśmiechając. Chwilę później cała gromada raczyła się kawą z ekspresu i obmyślała plan gry w detektywów. 
 

Obserwatorzy

Layout by Neva