wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział 3.

  Najpierw chciałam podziękować za nominację na blog miesiąca w Księdze Baśni. To naprawdę miłe! A jeśli ktoś miałby ochotę na moje opowiadanie zagłosować w sondzie, to się polecam. ;)


Wróćmy do Japonii i dowiedzmy się, co słychać u naszych znajomych z Kraju Kwitnącej Wiśni. Sprawdźmy, czy ktoś pomoże "biednej" Nao, czy uda jej się odkryć tożsamość "Ruki" i co takiego knuje Kaito. 


 Miss Agent

Mikage Kin, porządkowała papiery na swoim biurku, nucąc ending popularnego anime. Miała charakterystyczną nieco asymetryczną fryzurkę na chłopczycę, okulary w modnych, „kujonkowych”, zielonych oprawkach, przez które jej oczy wydawały się trochę większe, niż w rzeczywistości i nieco za długi nos... chociaż w fachu dziennikarki to ostatnie akurat nie stanowiło przeszkody.

Oczywiście gazetka szkolna musiała opisać choćby w krótkiej relacji rozpoczęcie kolejnego roku, a że nikomu nie chciało się zajmować takimi głupotami, zadanie przypadło szefowej, której nie udało się tego niemiłego obowiązku zwalić na kolegów po fachu, więc próbowała znaleźć sprawozdanie z zeszłorocznej gali, nieco je tylko przerobić i ogarnąć się z tym ogólnie jak najszybciej.

–Cześć, Kin-rin! Tęskniłaś za mną?– odezwał się do niej ktoś od strony wejścia, a do biura redakcji zaglądała, znajoma, rozczochrana łepetyna.

–Oczywiście, umierałam z tęsknoty, Kaito-dono – odparła ironicznie, w ten charakterystyczny sposób wymawiając grzecznościowy „ogonek”. – No, zapraszam w moje skromne progi – dodała w podobnym guście.

–Ależ dziękuję ci bardzo. Pozwolisz, ze się rozgoszczę... – Podłapał jej ton, wchodząc do środka i rozsiadając się na parapecie okiennym, jak przerośnięty kot.

–Czego dusza pragnie? Mam uwierzyć, że sprawiasz mi tą „zaszczytną” wizytę zupełne bezinteresownie?

–Właśnie tak, Kin-rin, wpadłem tylko dlatego, żeby się przywitać. A swoją drogą, kiedy już będziesz wracać do domu... Idź drogą przez jabłonkowy sad, pięknie o tej porze wygląda.

–Dziękuję za twoją jakże „cenną” radę i przepraszam, ze ośmielę się zapytać... skąd u ciebie nagłe zainteresowanie kwitnącymi drzewkami, Kaito-dono? – Jej głos nie brzmiał w połowie tak grzecznie, jak jej słowa na to mogły wskazywać, o bynajmniej! – Kurcze, tylko mi nie mów, ze znowu coś narozrabialiście, a ja mam świecić za ciebie i chłopaków oczami... – domyślała się, nagle rezygnując ze swojego ironicznego tonu.

–Skądże znowu, co też ci do głowy przychodzi, Kin-rin! – odparł jej przyjaciel z udawanym oburzeniem. – Czy kiedykolwiek zrobiłem coś, co zasługiwałoby na takie podejrzenia?

–O s o b i ś c i e, to nie. Zawsze zwalasz czarną robotę na innych.

–Wiesz, co to jest pytanie retoryczne, mądralo? No właśnie, to nie marudź! Kupię ci mrożoną kawę w studenckiej kafejce, jak będziesz grzeczna.

–O, a to co, próba przekupstwa? Nieładnie, Kaito-dono, oj bardzo nieładnie. – Nadal się wygłupiając, pogroziła koledze palcem. – Chcę z podwójną porcją bitej śmietany i syropem miętowym!

–Okay, masz moje słowo – obiecał, uśmiechając się przyjaźnie. – Dzięki, Kin-rin, jesteś nieoceniona.  

W tym momencie w gabinecie redaktor naczelnej zrobiło się głośno, gdy jeszcze trzech chłopaków wpadło do środka. Dziewczyna wzniosła oczy do góry, trochę zirytowana tym nalotem. A już liczyła, że skoro w tym roku trafili do równoległych klas*, będzie mogła odpocząć od towarzystwa tych trzech przypałów, którym chyba tylko jedno w głowie.

–Cześć, Miss Agent! Weź mi powiedz, bo się założyłem z Yukim... Masz miseczkę „c”, czy „d”? – wygłupiał się jakby na potwierdzenie jej teorii Michi. Znacie to powiedzenie: „wysoki jak brzoza, a głupi jak koza”? Zdaniem „Kin-rin” to była jego idealna ilustracja.

–Takeda-kun, najpierw ty mi powiedz: czy tobie za dużo ząbków wyrosło? – zapytała jadowicie słodkim głosikiem, przyglądając mu się z żywym zainteresowaniem, jakby ta kwestia naprawdę bardzo ją nurtowała.

Koledzy tylko się roześmieli, a przecież pytała całkiem poważnie...

–Kaito, to jak, idziesz już, czy dalej flirtujesz z Mikage? – dodał swoje trzy grosze, kpiąc w żywe oczy Kenta, od którego znowu zajechało fajami, czym zawsze koleżankę wkurzał. – Wreszcie powiedz, że ją lubisz, zaproś ją do kina, potem weź na spacer po plaży, a na tej plaży...!

–Kenta, ale ty jesteś staroświecki! To się tak nie robi, patrz i ucz się! – Yuki przerwał kumplowi w pół zdania, poprawił nerwowo okulary i zwrócił się do dziennikarki: – Kin-chan, masz dzisiaj czas**?

–Dla ciebie nigdy – odparła zdecydowanie.

–Nie, nie Kin-chan, powinnaś teraz odpowiedzieć: „Pewnie. Masz miejsce?”

–Sakurano Yuki, chcesz dożyć starości? – Tym razem w jej głosie zabrzmiały ostrzegawcze nuty, a chłopaki zaczęli się śmiać z kumpla, który dostał pokazowego kosza. Dziennikarka tylko przewróciła oczami i zaczęła pracowicie wyganiać tych kretynów i ich szefa ze swojego „królestwa”, co jej się wreszcie po chwili, chociaż nie bez pewnej trudności, udało. Westchnęła z ulgą i zabrała się za przerabianie zeszłorocznego artykułu, który w międzyczasie udało jej się znaleźć.



* * *

Na stacji metra panował szum tysięcy głosów, z których od czasu do czasu wybijały się niezbyt wyraźne zapowiedzi kolejnych pociągów i komunikaty w rodzaju „Najmocniej przepraszamy Wielce-Szacownych-Panów-Klientów, że pociąg numer X spóźni się o minutę”. Kaito i Michi wpadli biegiem na peron, dziękując niebiosom za to „haniebne opóźnienie”, przez które udało im się złapać wcześniejszy pociąg i nie musieli czekać pół godziny na kolejny.

Wepchnęli się do wagonu, który o tej porze był załadowany po brzegi, nic sobie nie robiąc z komentarzy innych pasażerów, którym się nie podobało, że musieli im ustąpić kilka centymetrów swojej cennej przestrzeni. Metro ruszyło i stopniowo tłok się zmniejszał, a do stacji, na której wysiadali nasi znajomi, dojechała mniej niż połowa podróżnych.

Przepchnęli się przez tłum składający się z dzieciaków w cosplayach, gromadki salarymanów***, którzy właśnie wybierali się po pracy na grubo zakrapiany obiadek w towarzystwie kolegów po fachu, kilku zagraniczniaków, wyglądających, jakby właśnie odkryli, że wylądowali na Marsie i wyszli na kolorową, pełną krzykliwych neonów ulicę.

–Kaito, jesteś pewien, że nie przesadzasz? – zaczął Michi jakby przerwaną wcześniej rozmowę.

–Może i tak. Właściwie wolałbym się mylić, ale muszę to sprawdzić. Naprawdę chcę wierzyć, że to był tylko wypadek... Ale mam przeczucie, ze to za proste.

–Albo po prostu paranoję.

–Taak, jedno z dwóch -- przyznał, nie dając się zbić z tropu. -- Właśnie dlatego musimy rąbnąć kartotekę Haruki. Zagadam pigułę, a ty znajdziesz dokumentację medyczną i zrobisz zdjęcia tych papierów. Potem je przejrzymy i sprawdzimy, czy jest w tym cokolwiek dziwnego.

–Dlaczego mi się trafia to trudniejsze zadanie?

–Bo z nas dwóch to ja mam lepszą nawijkę i potrafię coś naściemniać? A poza tym jak podpadnę Sachiko-san, to się wkurzy i mnie nie wpuści więcej na oddział, a chcę być przy młodej, kiedy się obudzi. Ty mniej ryzykujesz.

–Nosz kurde, zawsze to samo! Ty coś wykombinujesz, ale to inni się muszą narażać... Dobra, niech ci będzie, ale jeśli wpadnę przez ciebie w kłopoty, to pożałujesz! – zgodził się Michi trochę zirytowany.

–Jasne, jasne... – Kaito tylko wzniósł oczy do góry i zamyślił się, próbując wykombinować jakiś dobry przekręt, który pozwoliłby mu na chwilę odciągnąć Sachiko-san z dyżurki.

Dotarli do wysokiego wieżowca, w którym mieścił się szpital i weszli do środka. Przeszli plątaniną jednakowych, ponurych, sterylnie-białych korytarzy do wind. Kaito wcisnął przycisk, by ściągnąć jakąś, ale jak na złość odmawiały współpracy, lecąc w górę, a nie w dół.

–Michi, weź leć kolejną. Szóste piętro, neurologia. Dyżurka jest zaraz przy wejściu, po lewej.

–A, że w razie czego mnie nie znasz, tak? No dzięki, Katsuragi, zapamiętam to sobie!

–Taak, taak, tylko niczego nie schrzań.

–Che – prychnął z oburzeniem – to moja kwestia!

W ten oryginalny sposób życząc sobie nawzajem powodzenia, rozstali się na moment. Kaito wsiadł do windy, która wreszcie przyjechała, wcisnął guzik oznaczony numerem sześć i pojechał na wspomniany oddział. Już to wydawało się dziwne, kto normalny po upadku z kilku schodów ląduje na neurologii? Dlaczego młoda trafiła tutaj?

Winda zatrzymała się na szóstym piętrze, więc nie było więcej czasu na takie „filozofowanie”. Podszedł do Sachiko-san, znajomej pielęgniarki, która siedziała za biurkiem w dyżurce i przeglądała jakiś skomplikowanie brzmiący artykuł na temat choroby Alzheimera. Osobiście Kaito wolałby w wolnej chwili jakąś dobrą mangę, ale co kto lubi...

–Dzień dobry, Sachiko-san. Przepraszam, jeśli przeszkadzam...

–Nie przeszkadzasz, nie przeszkadzasz, Kaito-kun. Późno dzisiaj przyszedłeś...

–Zaczął się rok szkolny i... – przez moment paplali w tym niezobowiązującym guście, a później Kaito zawrócił na temat wolontariatu. Udało mu się przekonać Sachiko-san, że spodobał mu się jej pomysł czytania chorym dzieciom bajek i że chętnie się za to weźmie, więc poszli by zorganizować w świetlicy przytulny kącik czytelniczy...

Wybrali się na oddział akurat w momencie, gdy odezwał się charakterystyczny sygnał i jego kolega wysiadł z windy. Michi zauważył, że Kaito uwinął się ze swoją częścią planu i kiedy tylko on i „piguła” zniknęli mu z pola widzenia, wlazł za kontuar. Zaczął przeszukiwać szufladki z różnymi danymi i w którejś znalazł kartoteki pacjentów, ułożone porządnie, alfabetycznie. Szybko przejrzał te, zaczynające się od „ka” i po chwili trzymał już dość grubą, szarą kopertę z zapisanym katakaną*** nazwiskiem „Katsuragi Haruka”. Wyciągał po kolei świstek za świstkiem i robił zdjęcia za pomocą telefonu, zerkając od czasu do czasu w stronę korytarza, prowadzącego w głąb oddziału. Szło mu jak po maśle, dopóki nagle zadzwoniła komórka, ukryta sprytnie obok doniczki z „Kaktusem Bożonarodzeniowym”.

–Przepraszam, Kaito-kun, tylko odbiorę! – usłyszał całkiem blisko głos „piguły”.

–Szlag! – zaklął cicho Michi, szybko upychając kopertę z powrotem do szuflady, gdy nagle Sachiko-san wypadła z jakiejś salki, wybiegła zza zakrętu i zobaczyła nieproszonego gościa w dyżurce. Minutka zaskoczenia wystarczyła, by zerwał się na równe nogi i bez słowa pomknął w stronę schodów.

–Oi, anta, czekaj! – krzyknęła, ale nie zamierzał posłuchać i już zbiegał na dół.

–Co się stało, Sachiko-san? – zapytał Kaito, najniewinniej w świecie wyglądając zza załomu korytarza z zaniepokojoną miną.

–Ktoś grzebał mi w dokumentach... Uciekł przed chwilą po schodach – pani Piguła właśnie weszła za ladę i sprawdzała pobieżnie, czy nic nie zginęło. – Zaraz, jedna z teczek jest do góry nogami...

Niech to szlag – zaklął w myślach Kaito, obawiając się, że teraz się sprawa rypnie.

–To niech pani sprawdzi, czy niczego nie brakuje, a ja spróbuję jeszcze dogonić tego typa... Spróbuję się czegoś dowiedzieć! – Nie czekał na reakcję Sachiko-san, tylko pobiegł za kumplem na schody. Oczywiście już go nie dogonił, ale przynajmniej sprawił pozory błogiej nieświadomości. Wrócił po kilku minutach grzecznie przepraszając pielęgniarkę, że niczego nie udało mu się odkryć.

–Za to ja mam coś dziwnego... naszego tajemniczego nieznajomego interesowała dokumentacja Haruki-chan. Może wiesz, dlaczego?

–Nie, przykro mi, ale nie, Sachiko-san – brnął w zaparte. – To co, jeśli nic nie zginęło, chyba powinniśmy wrócić do chorych, prawda? Rozwiązanie tej zagadki może poczekać...

Kobieta spojrzała jeszcze na swojego znajomego z ukosa, dość podejrzliwie, ale nie miała zupełnie żadnego dowodu przeciwko Kaito, a to co mówił, brzmiało rozsądnie. To nie była pora na rozwiązywanie zagadek logicznych. Nawet jeśli miała pewne podejrzenia, to bez żadnych konkretów, chyba musiała po prostu odpuścić.



* * *

Kin przeciągnęła się jak kot i wyłączyła komputer. Na szczęście udało jej się uporać z głupim sprawozdaniem w miarę szybko i postanowiła wracać do domu. Uporządkowała nieco biurko, które zawsze wyglądało jak definicja chaosu, mimo jej najlepszych chęci, wzięła torbę, wyszła z biura, które zamknęła na klucz i powędrowała już pustym o tej porze korytarzem do wyjścia. Minęła w hallu statuę założyciela szkoły, którego pierwszaki zgodnie z tradycją na rozpoczęcie roku ładnie "udekorowały", owijając jak mumię w papier toaletowy i wyszła głównym wyjściem. Nie chciało jej się nadrabiać drogi, ale dla miętowej, mrożonej kawy było chyba warto. Poza tym uznała, że strasznie się zasiedziała, więc odrobinka dłuższego spaceru dobrze jej zrobi.

Minęła fontannę, przy której zbiegała się większość ogrodowych alejek, wyglądającą jak wielka choinka, z której szczytu opadała kaskadami woda. To znaczy kiedy akurat jakiś "mądrala" jej nie popsuł. Jako dzieciak zakładała się z chłopakami, kto z nich wejdzie bliżej szczytu, wspinając się po kolejnych miseczkowatych basenikach i czasem ku ich złości, wygrywała, ale teraz nakrzyczała na gromadkę czwartoklasistów, którzy próbowali tej samej sztuki, wiedząc już jak takie wygłupy są nierozsądne. W ogóle dużo się od tamtego czasu zmieniło, a najbardziej oni sami...

Zostawiając za sobą placyk przy fontannie i wspomnienia z tą związane, weszła na uliczkę prowadzącą do sadu, który podobno stanowił chlubę klubu botanicznego. Już z daleka widziała pięknie kwitnące, biało-różowe kwiatki i musiała przyznać, że Kaito miał rację, wyglądały bajecznie...

Rozglądała się jednak po drodze uważnie i nie chodziło o ładne widoki, tylko podejrzenie, że w pokręconej prośbie kumpla kryło się coś, czego nie chciał jej wprost powiedzieć. I nagle dowiedziała się co, gdy usłyszała, że ktoś drze się, jakby go ze skóry obdzierali, domagając się wypuszczenia ze stojącej przy jednej z dróżek szopy.

–Zabiję ich... – mruknęła Kin, zła na chłopaków i podeszła na skróty przez trawniczek do kanciapy. W zamku ktoś nawet zostawił grzecznie klucz, wystarczyło go tylko w odpowiednią stronę przekręcić i nagle ze środka wypadło... jakieś małe coś, wyglądające jakby było na granicy szaleństwa.

Paplało to-to przez chwilę nieskładnie, nie wiadomo, czy dziękując za pomoc, czy wyjaśniając, jak się tam znalazło, czy wypytując o coś Kin, która zdążyła się zgubić po pierwszych dwóch zdaniach tego słowotoku.

–No już dobrze, kouhai, zacznijmy po kolei. Może najpierw łaskawie się przedstawisz? – zapytała nieco chłodno, chociaż coś ją zaciekawiło. Nie znała tego dzieciaka, na pewno był tu nowy, więc dlaczego chłopaki wywinęli mu taki parszywy "kawał"?

–Och...Jestem Akigawa Nao, a ty, Nee-san?

–Mikage Kin z III-E. Ależ mi również niezmiernie miło cię poznać... – przedstawiła się, dając małej koleżance do zrozumienia, że chyba nie powinna pomijać grzeczności.

–Przepraszam, miło mi cię poznać, Kin-sem... Mikage-sempai. – poprawiła się, czując, że z tą dziwaczką lepiej przesadzić raczej z nadmiarem uprzejmości, niż z ich brakiem. A swoją drogą, czy w tej szkole jest ktoś normalny? Najpierw jakaś drugoklasistka, która wydawała się ciągle czegoś bać, potem ten nadęty buc i jego świta, a na koniec jeszcze ta dziewczyna, która nie wiadomo, czy sobie z ciebie kpi, czy o drogę pyta... – pomyślała zmieszana.

–Dobrze, skoro już to mamy za sobą, Akigawa-san... Wybacz, ale nie mam czasu na wysłuchiwanie twoich jakże fascynujących opowieści o wspomnieniach z pierwszego dnia szkoły... Ale jeśli chcesz o coś mnie zapytać, możesz to zrobić. Chociaż nie gwarantuję, że ci odpowiem.

Nao pomyślała, ze raczej ma ochotę trzasnąć w pysk tej złośliwej żmii, która chyba drwiła sobie z niej w żywe oczy, ale zamiast tego zapytała:

–Mikage-sempai, czy znasz może kogoś imieniem „Ruka”? Równie dobrze to może być ksywka. Prawdopodobnie ta osoba ma tu starszego brata i jest leworęczna... więcej nie wiem, ale... coś kojarzysz?

–Nie, przykro mi, ale nie potrafię ci pomóc, Akigawa-san. Może jednak popytaj w szkole, na pewno trafisz na kogoś, kto będzie coś wiedział. – odparła Kin, na moment zapominając o swojej nieco dziwnej manierze.

–Masz rację, tak zrobię. Dziękuję za radę, sempai – zgodziła się Nao, próbując już w wyobraźni odgadnąć tożsamość "Ruki" i wymyślając tysiące szalonych historii rodem z książek o Nancy Drew, tłumaczących dlaczego tajemnicza wiadomość została ukryta w stercie starych papierzysk. Kiedy tylko przestała jej doskwierać klaustrofobia, zaczęła z podekscytowaniem myśleć o czekającej ją zabawie przy odkrywaniu sekretów Aoyuki. 



________________
 Parę ciekawostek dotyczących kulturowych "zagwozdek", których nie chciałam opisywać w kąciku dla dociekliwych, szczególnie, że raczej nie będą przewijać się w całym opowiadaniu, a tylko tutaj:


*W Japonii dzieciaki co roku zmieniają klasy, w sensie: w pierwszej Kin-rin chodziła do „B” ale do drugiej klasy to już „A”, a do trzeciej „E”, tak na przykład. Chodzi o to, by poznać jak najwięcej osób w szkole. Nie wiem, czy dotyczy to tylko podstawówki i gimnazjum, czy ponadgimnazjalnych też. Na nasze potrzeby uznajmy, że tak.


**Gdy w Japonii chłopak zapyta dziewczynę (albo na odwrót) „Masz czas?”, a ta druga osoba odpowie pytaniem: „Masz miejsce?”, to NIE zmawiają się bynajmniej na nocny maraton filmowy, tylko na znacznie mniej niewinną „rozrywkę”.

***Salarymani - określenie szarych pracowników korporacji.

***Katakana to jeden z trzech japońskich alfabetów. Używa się go na przykład do zapisywania imion w wersji fonetycznej (tak jak się je wymawia), albo wyrazów obcojęzycznych. 

Jest jeszcze jedno: przesadnie czasem grzeczne teksty Kin dla Japończyków nie byłyby niczym... nienaturalnym (oczywiście pomijając jej sposób mówienia). Oni słyną z tworzenia dziwacznych konstrukcji składających się z najbardziej wymyślnych form grzecznościowych, które u nas brzmią po prostu prześmiewczo, a tam traktowane są zupełnie serio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Layout by Neva